sobota, 5 grudnia 2015

2. Wzajemne zależności to klucz do sukcesu

Oniemiałam. Doprawdy oniemiałam, nie mogąc wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Głupia! Głupia! Głupia! Tyle czasu poświęciłam, przygotowując się do dzisiejszej rozmowy kwalifikacyjnej. Każdego ranka ćwiczyłam przed lustrem mowę ciała; sposób gestykulacji, mimikę twarzy. Chciałam mu zaimponować. Chciałam mu pokazać, że jestem dostatecznie kompetentną osobą na to stanowisko, że podołam każdemu wyzwaniu, że potrafię tworzyć rzeczy niezwykłe, że projektowanie od zawsze tkwiło gdzieś w moim wnętrzu. Zaczynając od niezrozumiałych nikomu bazgrołów w bloku rysunkowym i zlepianiu przecudacznych figur z kolorowych klocków lego, po tworzenie kilkustronicowych projektów na specjalnych kartkach wielkości A2, a na szczegółowej wizualizacji komputerowej przyszłych osiedli kończąc. Nie mogłam za to pozwolić, by nowy pracodawca dostrzegł w moich oczach strach. Posada w tak renomowanej firmie jak Dreary Holidings była marzeniem każdego, młodego architekta. Dawała swego rodzaju niezależność, przeogromną możliwość nieustannego rozwoju w branży, ale przede wszystkim – pozwalała na tworzenie przepięknych, architektonicznych dzieł sztuki. Projekty Dreary Holidings zapierały dech w piersiach nie tylko znawcom tematu, ale także zwykłym laikom.
Teraz wszystko legło w gruzach!
Mężczyzna ubrany w idealnie wykrojony garnitur wszedł do pomieszczenia i bez pardonu ruszył od razu w kierunku biurka. Rzucił na blat kilka teczek, telefon i kluczyki, potem odetchnął z ulgą i rozpiął granatową marynarkę, w międzyczasie rzucając mi przelotne spojrzenie.
Żołądek znów podskoczył mi do gardła. Cholerka, musiał być zły. Nic dziwnego, skoro kilkanaście minut wcześniej doszło między nami do czołowego zderzenia nieopodal podziemnego parkingu. Było mi wstyd. Naprawdę, jak jeszcze nigdy dotąd.
– Jeszcze raz chciałem bardzo panią przeprosić za niedogodności. – Subtelny uśmiech, ciepło bijące z hebanowych oczu, a zwłaszcza szczerość tych słów, sprawiły, że zalała mnie fala przedziwnego ciepła. Moje policzki i uszy musiały właśnie stać się czerwone, bo piekły niemiłosiernie.
– N-nic się nie stało, naprawdę – zająknęłam się. Wypracowywany miesiącami profesjonalizm gdzieś ze mnie uleciał.
– Mamy ostatnio małe zamieszanie w firmie. Zebranie za zebraniem, miliony spotkań, więc biegamy z miejsca w miejsce. – Pochylił się nad biurkiem i przewertował kartki znajdujące się w jednej z teczek.
– Och, rozumiem.
– Napije się pani czegoś? – zapytał, w dalszym ciągu zajęty przeglądaniem dokumentów.
Oczekiwałam raczej surowego, wymagającego szefa, który bardziej pomiata zwykłymi pracownikami niż kaja się przed nimi, oferując filiżankę kawy w ramach rekompensaty za mało istotne przewinienie.
– Nie, dziękuję – odparłam i z przyjemnością stwierdziłam, że wreszcie odzyskałam naturalny rezon. Pan Uchiha również zakończył właśnie walkę z papierologią i w końcu mogliśmy przejść do meritum całej sprawy. Ponownie z jego ust padło słowo ,,przepraszam”, zaraz potem zostałam uraczona mocnym uściskiem dłoni i nastąpiła krótka wymiana uprzejmości.
Ostatecznie jakoś poszło. Kiedy zaczęłam opowiadać o tym, czego się nauczyłam przez te wszystkie lata, o mojej pasji do projektowania, o moich mocnych i tych słabych stronach, buzia mi się nie zamykała. Gadatliwość tego stopnia z pewnością nie należała do pozytywnych cech, jednak pan Uchiha uśmiechał się, kiedy mówiłam, więc chyba ostatecznie nie wypadłam aż tak tragicznie. Na wszystkie pytania odpowiedziałam wyczerpująco i raczej nikt inny nie byłby w stanie powtórzyć takiego wyczynu. Chciałam mu pokazać, że architektura to moja pasja. Chciałam, żeby zauważył we mnie szczery zapał do pracy.
– Mam już ostatnie pytanie. I jest to raczej prywatna ciekawość. – Zaśmiał się cicho, odpierając się łokciami o blat biurka i splatając dłonie tuż przed twarzą. –  Jaki jest pani ulubiony styl?
Nabrałam do płuc całkiem sporą dawkę powietrza.
– Ulubiony? Hm. Włochy w okresie renesansu, a dokładniej budowle powstałe w pierwszej połowie XVI wieku. Florencja, Toskania czy Wenecja… Zwłaszcza Wenecja… Palazzo otoczone zewsząd wodą wyglądało malowniczo. Wąskie i kręte uliczki, zakamarki, szerokie mosty, wielkie place… Szkoda, że taki układ nie przetrwał do dzisiejszych czasów. Niektóre budowle miały naprawdę ciekawą konstrukcję… Na przykład… – Urwałam, w porę uświadamiając sobie, że znowu zboczyłam z głównego tematu. – Cóż, tak poza tym, to powiedzmy... styl wiktoriański.
– Więc interesują panią bardziej starocia niż nowoczesne budowle? – Jego głos w jednej sekundzie stał się przerażająco chłodny. Nagle obleciał mnie strach. Czyżbym tą ostatnią wypowiedzią wszystko zepsuła? Boże, nie!
– Tak, podobają mi się, ale… To znaczy… – Nie wiedziałam, w jaki sposób wybrnąć z pułapki. – Czasem można nowe połączyć ze starym. Można też budynki wkomponować w otoczenie, zamiast od razu niszczyć przyrodę i zalewać zieleń betonem. Można też zrobić coś takiego… – Palcami wskazującymi malowałam w powietrzu różne figury, jakby miało to faktycznie w jakikolwiek sposób zobrazować tak złożone myśli.
– Przyjmuję panią.
– Nie! Ja to wytłumaczę! Ja naprawdę wiele potrafię!
Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony, jednak nie odezwał się nawet słowem.
– Zaraz… co pan powiedział? – Wstałam z zajmowanego miejsca i zbliżyłam się do biurka. Ponownie dzisiejszego dnia zabrakło mi tchu.
– Przyjmuję panią – powtórzył spokojnym, ciepłym głosem, a ja stałam osłupiała, wpatrując się w czerń jego oczu. – To znaczy, jeżeli pani się zgodzi. Nie omówiliśmy jeszcze wynagrodzenia, czasu pracy i jeszcze…
– Dziękuję! – krzyknęłam i otumaniona przez euforię rzuciłam się przyszłemu szefowi na szyję. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Nie pożałuje pan! Nie pożałuje pan! Nawet nie wie pan ile to dla mnie znaczy!
Mężczyzna w pierwszej chwili zastygł w bezruchu, dopiero po dłuższej chwili odchrząknął głośno, a następnie, tym razem znacznie surowszym tonem, powiedział:
– Pani Haruno, takie zachowanie jest trochę… nie na miejscu.
Wycofałam się natychmiast, a przeprosinom nie było końca. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, jednak to ta szalona radość wywołała u mnie zupełnie niekontrolowany odruch.
Uchiha poprawił koszulę, następnie zapiął dwa pierwsze guziki marynarki, a ostatni pozostawił wolny. Nie spojrzał już na mnie zaabsorbowany przez stos teczek znajdujących się na biurku.
– Niestety, ale uważam, że nasze spotkanie znacznie się przeciągnęło – mówił to tak profesjonalnym i suchym tonem, że byłam aż zaskoczona zmianą, która raptownie w nim zaszła. – Moja sekretarka udzieli pani wszystkich niezbędnych informacji, dobrze? Skoro i tak zgadza się pani na nasze warunki…
Skinęłam głową.
Cały stres uleciał ze mnie w jednej chwili. Wreszcie odetchnęłam z ulgą i szczerzyłam się sama do siebie. Zabrałam jeszcze torebkę i notatki, które studiowałam tuż przed samą rozmową, potem pożegnałam się z prezesem i opuściłam jego gabinet. Od razu chwyciłam telefon i wybrałam numer do mamy – w końcu z kimś musiałam się podzielić tak rewelacyjną wiadomością!
Nadal nie mogłam w to wszystko uwierzyć! Tata nauczył mnie, że jeżeli chcemy do czegoś dojść w życiu, to nie możemy iść na skróty, bo wtedy nigdy nie będziemy w pełni usatysfakcjonowanymi ze zdobycia swojego celu. Nieważne, jak ciężka i długa jest droga do pokonania, trzeba spiąć pośladki i pracować, aby mieć to, czego się pragnie. Chyba tatko miał rację.


Tydzień minął jak z bicza strzelił. Yuiko pierwszego dnia w Dreary Holidings dokładnie oprowadziła mnie po calusieńkiej siedzibie firmy. Niestety, niewiele z tej wycieczki zdołałam zapamiętać. Budynek przytłaczał swym ogromem, ilością pięter, gabinetów i sal konferencyjnych. Jedynie w oczy rzuciły mi się prześliczne, choć abstrakcyjne obrazy wywieszone w jednym z korytarzy. Tak poza tym, wnętrze Dreary Holidings jakoś nieszczególnie różniło się od wnętrza innych korporacji, w których bywałam już wcześniej, przez co, szczerze mówiąc, byłam troszeczkę zawiedziona.
Yuiko pokazała mi mój boks. Szczęśliwym trafem został umiejscowiony tuż przy ogromnym oknie, skąd miałam doskonały widok na centrum miasta. Doprawdy urokliwy zakątek. Tylko, że ja mierzyłam znacznie wyżej. Dość szybko zamierzałam awansować ze zwykłego robola, by przeskakiwać pomiędzy kolejnymi szczeblami kariery. Posłusznie wykonywałam każde zadanie, nawet to najbardziej idiotyczne. Na zebraniach częściej posyłali mnie po kawę, niż pytali o cokolwiek. Nieważne. Zaciskałam mocno zęby, wsypując cukier do kolejnych, plastikowych kubeczków, a potem rozdawałam je z szerokim uśmiechem na ustach. Piątego dnia ktoś wezwał mnie w ,,pilnej sprawie”. ,,Pilną sprawą” było sprawdzenie istniejących już projektów. Mogłam ewentualnie wyrazić swoje zdanie, czy powinniśmy przesunąć okno o centymetr w lewo lub w prawo, a może jednak pozostawić wszystko tak, jak jest. Cóż, z uśmiechem opowiedziałam, że plany są tak genialne, że chyba nie mogłabym mieć do nich absolutnie żadnych zastrzeżeń. Oczywiście osobiście wyrzuciłabym ten nic nie warty projekt przez okno i zaczęłabym tworzenie zupełnie od podstaw, w zupełnie innych stylu, uwzględniając w nim urokliwe otoczenie. Ale to jeszcze nie ten czas. To nie ten czas na wymądrzanie się.
Po południu, niedługo przed zakończeniem pracy, odwiedziła mnie Yuiko, kładąc na moim blacie stos dokumentów do podpisania. Hm, no tak, albo zostanę po godzinach, albo odłożę wszystko na jutro, o ile jutro nie dołożą mi kolejnej stery teczek.
– Yuiko, mogę mieć do ciebie dyskretne pytanie? – Złapałam ją za ramię, kiedy ta zbierała się już do wyjścia.
– Hm? – mruknęła wyraźnie zaciekawiona.
– Nie pracujesz tutaj aż tak długo, prawda? W jaki sposób tak szybo awansowałaś.
Miyoshi nie odpowiedziała od razu. Dałabym sobie rękę uciąć, że gdyby nie solidnie wykonany makijaż jej twarz niemal w całości pokryłaby się właśnie intensywną czerwienią.
– Cóż… – szepnęła i pochyliła się nade mną. – Powiedzmy, że z panem Uchiha łączą mnie wzajemne zależności. To jedyna – podkreśliła to słowo – skuteczna droga awansu w Dreary Holidings.
Zmrużyłam oczy.
– Obawiam się, że jednak nie rozumiem – powiedziałam po chwili zastanowienia. Yuiko uśmiechnęła się do mnie szeroko, a potem przerzuciła płaszcz przez ramię i wyszła.


Postanowiłam zostać po godzinach. Lepiej nie zwlekać z pracą i czekać aż się namnoży, tylko wszystko wykonywać od ręki. Światła w głównym korytarzu zostały przygaszone, a w innych panowała kompletna ciemność. Stwierdziłam, że wypełnione dokumenty odłożę na biurko Yuiko, żeby mieć już wszystko z głowy i rano nie błąkać się po firmie. Raczej nic się nie stanie i do tego czasu nic nie zginie. Gdy wykonałam zadanie i zamierzałam już udać się w kierunku wind, usłyszałam huk. Coś ewidentnie, jakby szklanego, spadło ze znacznej wysokości i rozbiło się o podłogę. Potem do moich uszu dotarły stłumione jęki… To było dziwne i przerażające zarazem. Wahałam się, czy podążyć za źródłem tajemniczych odgłosów, czy wezwać ochronę, czy może odejść…
Cholerka!
Postanowiłam, że najpierw sama ocenię sytuację, bez sensu przecież wszczynać alarm na darmo. Nie musiałam iść daleko. Wpatrywałam się w delikatnie uchylone drzwi gabinetu, w którym paliła się niewielka lampka. Podejrzane dźwięki przybierały na sile, a ja panikowałam coraz bardziej. Serce podskoczyło mi do gardła, gdy ujęłam dłonią klamkę i cichutko zajrzałam do środka.
Pobladłam natychmiast. Otępiała patrzyłam na scenę rozgrywającą się we wnętrzu gabinetu. Pan prezes obrócił właśnie tyłem do siebie nieco opadłą już z sił Yuiko, zostawiając na jej nagim pośladku soczystego klapsa.
Cóż… Powiedzmy, że z panem Uchiha łączą mnie wzajemne zależności. To jedyna skuteczna droga awansu w Dreary Holidings.
Biegiem rzuciłam się do wyjścia.

Od Autorki: MOI KOCHANI! <3 Przepraszam, że musieliście aż tyle czekać (specjalnie urwałam się z PSZYRY, żeby go dokończyć ehe hehe he ^_^ – a tak poważnie, to jestem chora ;/). W tym roku szkolnym mam bardzo dużo zajęć (również tych pozalekcyjnych) i jakoś ciężko mi znaleźć wolny czas na pisanie. Rozdział chciałam dodać już wczoraj, ale wystąpiły problemy z internetem he he. Mimo wszystko postaram się dodawać rozdziały dość regularnie. ;p

Co do ,,plagiatu”, to nadal ten temat głęboko w poważaniu, bo NIGDY NICZEGO NIKOMU NIE ZABRAŁAM. Więc… WALCIE SIĘ HEJTERZY, niech teraz skacze Wam gul! :* :* :* Nie piszę bloga dla Was, tylko dla mojej przyjaciółki Pati i jej chłopaka Michała, tylko jej zdanie się dla mnie liczy ♥ I innych kochanych duszyczek, które nie życzą mi źle.

Papapapa!

czwartek, 17 września 2015

1. Krocząc pod wiatr i tak dojdziesz do celu

Otworzyłam oczy zadowolona z siebie jak nigdy, mając nowy biznes planem i nowy aspekt na życie, zwlokłam się z łóżka. Ubrałam czarną spódniczkę przed kolano, do tego białą bluzkę; zapięłam wszystkie guziczki prócz ostatniego pod szyją, który uwydatnił dekolt.
Nienawidziłam szpilek, zdecydowanie wolałabym pójść w wygodnych trampkach, ale nie wypadło stawić się w takim stroju na rozmowę kwalifikacyjną.
Spojrzałam w lustro; różowe włosy, zielone oczy, zgrabny nosek i pełne usta, wygięte w delikatnym uśmiechu. Wyglądałam całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że nie przespałam połowy nocy.
Nie zjadłam śniadania. Z tego całego stresu i tak nie zdołałabym nic przełknąć. Zresztą, wychodziłam z założenia, że gdy zgłodnieję, zawsze mogę podskoczyć do lunch baru.
Wzięłam torebkę z krzesła z kuchni i wyszłam z domu. Wsiadłam do mojego samochodu. Bordowa honda, może nie była najnowszym modelem, jednak kochałam ją ponad życie, ponieważ była pamiątką po moim zmarłym bracie. Zapięłam pasy i sprawdziłam, czy wszystko działa - czasem lubiła robić mi niespodzianki i psuć się na środku ulicy. Wykręciłam z parkingu, używając do tego wszystkich sił; brak wspomagania czasem potrafił być wyjątkowo uciążliwy.
Już z daleka zobaczyłam najwyższy wieżowiec w mieście - Dreary Holidings. Po raz kolejny zachwyciłam się nierealnością zaistniałej sytuacji. Boże! Przecież jechałam na rozmowę kwalifikacyjną do największej korporacji w branży! Spośród tylu, prawdopodobnie o wiele lepszych kandydatów, wybrano akurat mnie.
Ze spokojem skręciłam na podziemny parking. Wrzuciłam pierwszy bieg, chociaż po czasie nie uznałam tego za dobry pomysł - z początku wajcha się zacięła, a gdy w końcu zaskoczyła, coś zaczęło piszczeć; chyba powinnam wymienić klocki hamulcowe. Zatrzymałam się przy szlabanie, który po wylegitymowaniu mnie otworzył strażnik, po czym skierował na odpowiednie miejsce “dla gości”. Sprawnie zmieściłam się pomiędzy dwa auta, choć miejsca było niewiele, a ja wykręcałam kierownicę wielokrotnie. Zgasiłam silnik i delikatnie otworzyłam drzwi, szykując się do wyjścia, kiedy przypomniałam sobie, że w schowku znajdowały się moje dokumenty, więc po nie sięgnęłam. Wtedy niefortunnie pchnęłam nogą w drzwi, które z kolei uderzyły w sąsiedni samochód. Och, brawo, Sakura! Z przerażeniem spojrzałam, czy nic się nie stało. Miałam jednak cholerne szczęście - nie było ani jednej ryski. Dobra, upominam siebie, muszę stąd jak najszybciej odejść, zanim zrobię coś znacznie gorszego.
Spokojnym krokiem ruszyłam w kierunku wind, ukradkiem zerkając na zegarek; nie chciałam spóźnić się na tak ważne spotkanie. Wcisnęłam przycisk przywołujący. Czekając aż drzwi się otworzą, wygładziłam lekko pogniecioną spódniczkę. Stres mnie nie opuszczał, dlatego wzięłam ostatni głęboki wdech. W samą porę - gdy drzwi się rozsunęły, nagle ktoś na mnie wpadł. Straciłam równowagę i upadłam z rozmachem. Ała! Poważnie obiłam sobie tyłek, a do  tego obtarłam kostkę szpilką. Piekło jak sam skurwysyn, piekło jak zgaga w żołądku, piekło jak w piekle!
Coś mnie przygniotło, coś ciężkiego. Otumaniona, w bezruchu czekałam na rozwój wydarzeń. Bałam się otworzyć oczy.
- Nic ci nie jest? – Usłyszałam męski głos tuż przy uchu. Otworzyłam jedno oko, czując na policzku jego ciepły oddech.
- Ekhem… może Pan ze mnie zejść? Za chwilę mam ważne spotkanie, na które nie powinnam się spóźnić.
Mężczyzna podniósł się bez słowa. Otrzepał garnitur z kurzu. Swoją drogą, wyglądał na koszmarnie drogi. Ja z kolei sięgnęłam po leżącą nieopodal torebkę. Dziękowałam Bogu, że nic się z niej nie wysypało, na przykład takie podpaski czy kosmetyki.
- Myślę, że następnym razem powinien pan uważać, wychodząc z windy - burknęłam pod nosem, po czym pospiesznie weszłam do windy i wcisnęłam przycisk z numerem ostatniego piętra. Drzwi się zasunęły i w tym samy czasie poczułam wibracje w lewej kieszonce marynarki. Wyciągnęłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz; widniało na nim zdjęcie mojej mamy, uśmiechniętej od ucha do ucha. Z niechęcią odebrałam połączenie.
- Mamo, nie teraz - rzuciłam bez przywitania. - Za chwilę widzę się z prezesem, przecież mówiłam ci, żebyś nie przeszkadzała. Odezwę się później, okej? Paaa!
Szybko się rozłączyłam. Gdybym pozwoliła jej odezwać się chociażby słowem, zaczęłaby całą litanię, a nie mogłam sobie pozwolić na rozproszenie. Już sam ten wypadek na parkingu mnie rozkojarzył, a musiałam zachować czysty umysł. Boże, żebym tylko nie zaczęła się tam jąkać! To najgorsze, co mogłoby mi się przydarzyć.
Winda sunie w górę przy akompaniamencie spokojnej muzyczki. Po dotarciu na samą górę, drzwi się rozsunęły a moim oczom ukazało się eleganckie wnętrze holu. Niepewnym krokiem podchodzę do biurka sekretarki, która wygląda wręcz oszałamiająco. Piękna blondynka z czerwonymi, pełnymi ustami i wydatnym biustem. W porównaniu do niej wyglądałam jak szara myszka, co momentalnie odjęło mi odwagi.
- Dzień dobry, przyszłam do.... – zająknęłam się. - P-pana Prezesa.
- Prezesa Uchiha? - zapytała służbowym tonem, mierząc mnie twardym spojrzeniem. Czułam się dosłownie prześwietlana.
- Tak – przytaknęłam gorliwie i poprawiłam torebkę, która zsunęła mi się z ramienia.
- Prezes jest czasowo niedostępny. Zaprowadzę jednak panią do gabinetu, powinien się zjawić w ciągu piętnastu minut – mówiąc to wstała zza biurka i gestem ręki nakazała mi podążać za sobą.
Kroczyłyśmy pokrętnymi korytarzami. Stukot szpilek odbijał się echem od ścian, częściowo zagłuszając moje przyspieszone bicie serca. W końcu zatrzymałyśmy się przed ogromnymi, szklanymi drzwiami, na których widniała tabliczka z nazwiskiem prezesa Dreary Holidings.
Gdy weszłyśmy do środka, kobieta wskazała mi miejsce przy potężnym biurku z ciemnego drewna przeznaczone dla gości. Pokornie usiadłam; poduszki, jakimi obito krzesło, były nadzwyczaj wygodne.
- Napije się pani czegoś? - spytała, podchodząc do małego stolika, na którym stała karafka z wodą oraz ekspres do kawy. Obok stał wystawny barek, przez co nie byłam pewna, co dokładnie mi proponuje.
- Nie, dziękuję - odparłam asekuracyjnie.
Sekretarka uśmiechnęła się do mnie.
- Czy mogę zadać pani pytanie?
- Jasne, jestem do pani dyspozycji. W czym mogę pomóc?
- Trochę głupio mi o to pytać… Ale jaki jest pan Prezes? - zapytałam niepewnie.
– Nie wiem czy powinnam się wypowiadać na ten temat. Mogę pani powiedzieć tylko tyle, że jest dobrym szefem i dba o swoich pracowników.
- Uff, a już myślałam, że trafiłam na kolejnego dupka - szepnęłam do siebie. Wspominając wszystkie moje dotychczasowe prace, nigdy nie udało mi się trafić na porządnego szefa.
- Ma pani na myśli tych od CD Enterprises? - zapytała, przez co całkowicie straciłam rezon. O cholera! Najwidoczniej powiedziałam to głośniej, niż sądziłam. - Racja. Pracowałam tam przez jakiś czas, ale musiałam się zwolnić z przyczyn ode mnie nie zależnych… – Niespodziewanie podeszła do mnie i podała dłoń. – Yuiko Miyoshi, miło poznać.
- Sakura Haruno, mnie również. – Odwzajemniłam gest i posłałam jej skrępowany uśmiech. Zaraz potem Yuiko zostawiła mnie samą w gabinecie Prezesa.
O mój Boże! Najchętniej wzięłabym nogi za pas i stąd uciekła. Żołądek podskoczył mi do gardła, zaczęłam się trząść ze stresu i czułam, jak pocą mi się dłonie. Zaraz, już za moment, nadejdzie ta chwila.
Nakazałam sobie spokój i wyciągnęłam z torebki plik notatek. Zrobiłam niezły research na temat firmy i zamierzałam teraz wszystko jeszcze raz powtórzyć. Wszystko zdawało się być przeciwko mnie, ale ja wiedziałam, że nawet krocząc pod wiatr i tak dojdę do celu.
Przekonałam się o tym, widząc, kto wszedł przez szklane drzwi…
Od Autorki: Tak jak już wcześniej powiedziałam - nie zamierzam się niczym przejmować i nadal będę kontynuowała swoje dzieło. Nie interesują mnie już te wyssane z palca brednie. Te zarzuty powinny być skierowane w drugą stronę - do Oh Shit! Kiedy przeredagowywałam ten rozdział, wyjątkowo mocno utożsamiłam się z główną bohaterką, ponieważ i ja - tak samo jak ona - w tej chwili kroczę pod wiatr. :) Buziaki!

wtorek, 1 września 2015

0. Czasem trudno zrozumieć innych


Od przeszło godziny biegłam po parku. Związane w kitkę włosy opierały się podmuchom wiatru, tak samo jak przylegający do ciała strój sportowy. Kabelek od słuchawek dyndał przy dekolcie i pasie, odtwarzacz muzyki zaczepiony miałam za gumką od legginsów. Czułam się jak mini-bogini seksu – nieco spocona i bez makijażu, ale zawsze bogini.
Uwielbiałam wiosnę i sądziłam, że była wprost idealna na bieganie, a skoro i tak nie miałam co robić pomiędzy sesjami, więc czemu w ten sposób nie wykorzystać tej pięknej pogody? Optymalna temperatura dziewiętnastu stopni, delikatny wietrzyk i promienie słoneczne, subtelnie muskające moją skórę – idealnie. Poza tym dobra kondycja zawsze się przyda. Na przykład na wypadki, gdybym spóźniła się na autobus.
Zmęczona, usiadłam na pobliskiej ławce; potrzebowałam złapać oddech. Od zbyt dużego wysiłku zaczęło mi się kręcić w głowie, a przed oczami zobaczyłam czarne plamy. Całkowicie wyszłam z formy, ale co się dziwić, skoro całe lato siedziałam przed komputerem i pisałam podania na studia.
Sięgnęłam po odtwarzacz muzyczny i zmieniłam piosenkę. Poprzednia była trochę zbyt melancholijna na bieganie. Do aktywności fizycznej potrzebowałam energicznej muzyki, skocznej, takiej, jakiej słucha się w najmodniejszych klubach.
Wstałam i zrobiłam kilka skłonów. Uznam to za cud, jeśli jutro nie będę miała zakwasów po tych przebiegniętych kilometrach. Powinnam posłuchać Mari i biegać z nią codziennie. Wtedy może nie musiałabym pół godziny ubierać obcisłych spodni!
Wznowiłam bieg i całkowicie się na nim skoncentrowałam. Och, no dobra – nie potrafiłam nie myśleć podczas biegania. Muzyka i ruch pobudzały moje komórki mózgowe i nie sposób było temu zapobiec. Co gorsza, miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam. Mari… twarz przyjaciółki błąkała się po mojej głowie. Zanim wyszłam z mieszkania chyba mnie o coś prosiła. Czy nie miałam czasem wpaść do supermarketu po mleko? Ugh, najwyżej ona zrobi rundkę do sklepu, powinno to ją nawet ucieszyć – w końcu będzie mogła znowu sobie pobiegać. Maniaczka.
Przystanęłam na przejściu dla pieszych. Przykładnie, tak jak mi w przedszkolu kazali, popatrzyłam najpierw w lewo, potem w prawo i znów w lewo; droga była wolna, więc po prostu przeszłam na drugą stronę.
Poczułam wibracje, a gdy ściągnęłam słuchawki, usłyszałam cichą, dochodzącą z przewieszonej na biodrach nerki, melodyjkę. Czym prędzej wyciągnęłam dzwoniący telefon; na wyświetlaczu zobaczyłam numer mamy.  
Mebuki Haruno dzwoniła tak rzadko, że stało się to prawie świętością. Musiało się stać coś na prawdę złego, skoro schowała dumę i do mnie zadzwoniła.
– Halo? Mamo?
– Sakura! Cześć, skarbie, co tam u ciebie słychać? – mówiła niewyraźnie. Ledwo ją słyszałam, dlatego pomyślałam, że może dzwoniła z podziemnej kolejki, gdzie był słaby zasięg.
– Wszystko dobrze, ale co się stało, że dzwonisz?
– A nic, nic, kochanie. Po prostu… chciałam ci powiedzieć, że ja i twój ojciec się rozwodzimy.
– Mamo, który to już raz? – zajęczałam do słuchawki zupełnie nieporuszona słowami matki. – Szósty, siódmy a może ósmy? Zawsze tak mówicie, a potem wszystko wraca do normy. Te wasze sprzeczki stały się już codziennością, jestem pewna, że jutro wam przejdzie, pogodzicie się i znów będziecie najszczęśliwszą parą pod słońcem. Idź na drinka do Dorottie i ci przejdzie, zobaczysz.
– Wiem, Sakura, ale tym razem... to już naprawdę koniec.  
– Mamo, nie zamierzam o tym rozmawiać. Po prostu przemyślcie raz jeszcze całą sprawę. Jesteście ze sobą szmat czasu, znacie się na wylot, czy warto to wszystko zaprzepaścić z powodu kolejnej, idiotycznej kłótni? Czy warto zaczynać od nowa z osobą, której się nie zna? Przemyśl to, dobrze? Proszę, nie róbcie niczego pochopnie.
Czasem wydawało mi się, że pomimo tak młodego wieku jestem najrozsądniejszą osobą z całej rodziny Haruno.
– Pomyślę. Ale ten stary pryk nie jest wart mojej cierpliwości! – krzyknęła. – Powiedz, skarbie, jak tam idzie szukanie przystojnego, inteligentnego męża? – Zaśmiała się.
– Mamo! Na razie usiłuję skupić się na studiach, pójść do dobrej pracy... Nie marzą mi się mężczyźni; ani przystojni, ani bogaci – żadni! Jutro idę na rozmowę w sprawie rozpoczęcia praktyk w tej firmie… Wiesz, wspominałam ci o niej.
– Dreary Holidings? – zapytała.
– Tak, właśnie tam.
– Uważaj na siebie, Sakurciu – powiedziała po chwili milczenia, jak gdyby miało mi się tam stać coś naprawdę przerażającego. – Będę trzymała za ciebie kciuki, jak zawsze. – Moja mama potrafiła być naprawdę wspaniała, dając mi zawsze multum wsparcia.
– Dobrze. Nie przejmuj się, mamo. Kocham cię.
– Ja ciebie również, córciu. – Chociaż nie mogłam zobaczyć jej twarzy, to wiedziałam, że się uśmiechnęła. – Dzwoń częściej. – I rozłączyła się, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć.
Kochałam mamę najmocniej na świecie, chociaż czasem nachodziła mnie przeogromna ochota, by przygrzać jej patelnią w łeb. Wraz z tatą przechodzili najwidoczniej jakiś kryzys, ale mimo tego nie powinni się rozwodzić! W końcu to oni nawzajem rozumieją się najlepiej. Ach, przejdzie im. Jak zawsze.  
Z uśmiechem na ustach włożyłam telefon do nerki. Już jutro! Już jutro długo wyczekiwany dzień – szłam na rozmowę kwalifikacyjną do Dreary Holidings, a jeżeli dobrze pójdzie i ostatecznie napiszą mi pochlebną opinię, to z otrzymaniem kolejnej posady nie będzie żadnego problemu. Muszę jedynie pamiętać, żeby zachować względny spokój i nie pokazywać zbytnio swojego temperamentu, bo może być naprawdę gorąco, gdy już się z kimś skłócę.
Sakura! Najważniejsze, dziewczyno, to się nie stresować i zrobić dobre wrażenie na prezesie!
Z ową myślą ruszyłam w stronę swojego mieszkania. Musiałam odpocząć i solidnie przygotować się do jutrzejszej rozmowy kwalifikacyjnej w Dreary Holidings, od której tak wiele zależało...
Mmm! Jestem gotowa!


Od Autorki: Witam wszystkich czytelników! :) Zdaję sobie sprawę, że prolog może się wydawać nieco oklepany, ale musicie mi zaufać – w kolejnych rozdziałach pozytywnie Was zaskoczę! :) Nie chcę Was też zanudzić na samym początku, ale chyba sami rozumiecie, że historia musi powoli nabierać tempa. Proszę o wyrozumiałość, ponieważ jest to mój pierwszy blog, a owe opowiadanie pisałam już od jakiegoś czasu, chowając je do przysłowiowej ,,szuflady”. Mam nadzieję, że mimo wszystko przypadnie Wam do gustu. Całuski!